sd logo

W Polsce lat 90. grodzone osiedla były obietnicą raju. Za wysokim płotem chroniliśmy prywatność i zdobyty z trudem majątek. Dziś nowi mieszczanie mówią: nie chcemy zamykać się w getcie. Chcemy żyć w przestrzeni publicznej, nie prywatnej. Czy to koniec grodzonych osiedli? Jak będziemy mieszkać w przyszłości? – o tym dyskutują architekt Jola Starzak i socjolog Mateusz Halawa, wykładowcy kierunku architektura w School of Form.

SZTUCZNE RAJE

Joanna Szumowska: Osiedla grodzone to raj czy getto?

Jola Starzak: Trudno o jednoznaczną odpowiedź, bo grodzenie ma różne formy. Oczywiście jest ono gettem, jeżeli funkcjonuje jako osiedle otoczone wysokim płotem. W takim miejscu dzieci nie mają wielu okazji, żeby wchodzić w relacje społeczne. Gdzie? W drodze do podziemnego garażu? To nie jest jednak czarno-biała sytuacja.

Mateusz Halawa: Ten wątek jest ważny z powodów kulturowych. Po 1989 roku w Polsce grodzone osiedla były obietnicą raju. I nadal są dla pewnych ludzi. Pojawiła się jednak nowa kategoria społeczna, która ma inne oczekiwania wobec miasta. Chce żyć w przestrzeni bardziej publicznej niż sprywatyzowanej.

Kto należy do tej nowej kategorii?

MH: Nazwałbym ich nowymi mieszczanami. Kiedyś zachłysnęli się własnością prywatną, do której mieli stosunek bezkrytyczny. Teraz widzą, że osiedla grodzone mają też wady. Ci nowi mieszczanie często podkreślają, że „nie chcą się zamykać w getcie”. Widzą wartość w codziennych kontaktach ludzi z różnych grup społecznych. Dostrzegli, że nie ma nic złego w zabawie dzieci z sąsiednich osiedli, a starsza osoba może sobie skrócić drogę przez „ich teren”. W tym sensie trend się być może odwraca, choć nie zaryzykowałbym stwierdzenia, że grodzone osiedla są już passé.

JSz: Z jednej strony mamy tych, którzy lubią się odgradzać i będą to robić oraz tych, którzy chcą publicznej przestrzeni dostępnej dla wszystkich. To świadczy o polaryzacji społeczeństwa?

JS: Myślę, że to kwestia dojrzałości i uczenia się na własnych błędach. Kilka lat temu razem z socjologami Martą Skowrońską i Filipem Schmidtem prowadziliśmy badania trzech typów osiedli: z lat 30. ubiegłego wieku, z okresu PRL-u oraz współczesnych nam osiedli grodzonych, zbudowanych przez firmy deweloperskie. Interesowały nas typologia osiedli, intensywność zabudowy, relacje między budynkami, funkcjonowanie przestrzeni wspólnych. Ciekawe były wywiady z mieszkańcami. Wielu z nich widziało wady osiedli grodzonych na poziomie humanistyki i struktury społecznej. Dostrzegali, że otaczają ich ludzie w podobnym wieku, o zbliżonych zarobkach i niemal identycznych potrzebach oraz stylu życia. Niektórzy opowiadali, że lubią się przechadzać po peerelowskich osiedlach. Dlaczego? Bo tam czuć większą wolność, różnorodność ludzi i zdarzeń.

Po 1989 roku w Polsce grodzone osiedla były obietnicą raju. I nadal są dla pewnych ludzi. Pojawiła się jednak nowa kategoria społeczna, która ma inne oczekiwania wobec miasta. Chce żyć w przestrzeni bardziej publicznej niż sprywatyzowanej.

ASz: Ludzie sami są sobie winni?

MH: Czyli społeczeństwo stworzyło osiedla zamknięte? Niezupełnie. Pamiętajmy, że rynek mieszkaniowy rządzi się nie tylko prawami popytu, lecz także podaży. W latach 90. deweloperzy przyjęli, że osiedle grodzone jest standardem i nikt nie zastanawiał się nad ewentualnymi skutkami życia w takim miejscu. Co więcej, nadal projektuje się osiedla zamknięte. Taki standard. Nowe może nadejść dopiero wtedy, gdy i ludzie, i deweloperzy, i samorządy wspólnie powiedzą: „Spróbujmy zmienić tę sytuację”.

JS: Za tę sytuację odpowiedzialny jest nie tylko deweloper. Nasze prawo kuleje.

W ramach wspomnianego badania analizowaliśmy zapisy w konstytucji i dokumentach, które definiują jakość przestrzeni publicznej. Wynika z nich, że mamy sporo górnolotnych i brzmiących jak slogan reklamowy haseł, w których pobrzmiewa rzekoma troska o dobro przestrzeni publicznej. Nie istnieją natomiast przepisy, które wymuszałyby na deweloperach dbałość o jakość przestrzeni. Deweloper nie musi się więc zastanawiać, w jaki sposób mam dojść od przystanku do swojego bloku, albo czy płot wokół budynku jest konieczny. Zresztą płot to najprostsza forma wytyczenia własności. Jest wyraźnym komunikatem: „To moja działka, tu buduję bloki mieszkalne i nie muszę się zastanawiać, co będzie potem. Przestrzeń ograniczona płotem jest moja”. Poza tym na wielu nowych osiedlach znaczna część przestrzeni, którą postrzegamy jako wspólną i publiczną, jest prywatna – należy do właścicieli mieszkań znajdujących się na parterze.

Reklama
sd architektura

WYPIĘKNIANIE PŁACHETEK

JSz: Z czego wynika polska tendencja do zamykania się w „osiedlowych bańkach”?

MH: Prowadzę badania wśród ludzi mieszkających na nowych osiedlach. Lubię porównywać percepcje mieszkańców z rzeczywistością, na przykład postrzeganie przestępczości w okolicy z jej faktycznymi wskaźnikami. Ludzie często przeceniają to, jak groźne jest otoczenie, bo nie mają nad nim kontroli a w mediach słyszą straszne historie. To kolejny z czynników, który sprawia, że ludzie chcą się grodzić. Chcą mieć kontrolę i jako etnograf z tym sympatyzuję. Każdy chce, żeby jego dziecko było bezpieczne, każdy chce, żeby jego okolica była czysta. Warto jednak zadać sobie pytanie, czy jedynym sposobem uzyskania komfortu i bezpieczeństwa jest grodzenie.

Istnieje też pewne sprzężenie zwrotne, samospełniająca się przepowiednia. Ludzie, którzy grodzą – blok, dom, osiedle, plażę – definiują przestrzeń wokół jako brzydką i obcą. Oddzielają ją, by przynajmniej nad swoim małym spłachetkiem utrzymać kontrolę i go sobie wypięknić według uznania. Jest to też związane ze specyficznie polskim indywidualizmem. Co ważne, mamy w jego kontekście mało wypracowanych procedur w porównaniu do skandynawskich. Chodzi o procedury współpracy sąsiedzkiej, współdzielenia. Nie wiadomo, jak się dogadać z sąsiadką w sprawie wspólnego ogródka? W takim razie podzielmy go na dwie części. Ja się zajmę swoim poletkiem, a sąsiadka będzie gospodarować na swoim.

ICHNIE I NASZE

JSz: Jak budować poczucie bezpieczeństwa inaczej niż za pomocą fizycznych barier? Czy są jakieś alternatywy?

JS: Alternatywy są budowane oddolnie. Mieszkańcy działają w radach osiedli i zakładają stowarzyszenia. Inicjują działania i sięgają po środki z budżetu obywatelskiego po to, by wspólnie poprawić przestrzeń wokół nich. Szkoda, że politycy nie widzą w tym potencjału. Nie dostrzegają, że oddolne działania obywateli to początek dużych zmian.

JSz: Ludzie biorą sprawy w swoje ręce. Tymczasem w oficjalnym dyskursie dominuje ksenofobia i odgradzanie się.

MH: Widzę jednak zalążki pozytywnych zmian. Co więcej, jestem optymistą. Na osiedlu, na którym mieszkam w Warszawie, z jednej strony jest wiele konfliktów, związanych między innymi z reprywatyzacją. Z drugiej strony prężnie działają sąsiedzkie sposoby organizacji. Bardzo ciekawym zjawiskiem w przestrzeni miejskiej jest Facebook. Prawie nikt z nas nie lubi uczestniczyć w zebraniach wspólnot mieszkaniowych. Dla mnie ciekawe są jednak ich nowe wirtualne odpowiedniki. Sąsiedzi z klatki, budynku czy kwartału zakładają grupy na Facebooku i tam zaczynają rozwiązywać swoje mieszkaniowe problemy. W tych grupach troska o okolicę miesza się z sąsiedzką samopomocą, np. „Czy ktoś może mi pożyczyć wiertarkę?”, „Czy ktoś ma ostatnią książkę Masłowskiej?”.

JSz: Przykładem są chociażby grupy wildecka czy jeżycka, skupiające w internecie mieszkańców rewitalizowanych dzielnic w Poznaniu.

MH: To zapowiedź zmian na lepsze. Dobrze też, że samorządy wspierają obywatelskie działania poprzez budżet partycypacyjny. To zachęca do tego, aby wspólnie decydować i wspólnie troszczyć się o coś, co nie jest ani moje, ani twoje – to po prostu ścieżka rowerowa biegnąca między budynkami albo miejska siłownia na wolnym powietrzu. Ludzie zyskują bezcenne poczucie, że ścieżka rowerowa, której tak bardzo chcieli na swoim osiedlu i której przebieg zaplanowali, a do swojego pomysłu przekonali pozostałych sąsiadów, faktycznie należy do nich. Jeśli ktoś ją zniszczy albo zastawi samochodem, to pojawią się emocje – zepsuli „nasze”, a nie „ichnie”, musimy tego bronić.

SKANDYNAWSKA BAŃKA

JSz: Polacy pokochali styl skandynawski. Jaka jest ta nasza „skandynawskość” z importu?

JS: Czy rzeczywiście Polacy pokochali styl skandynawski? Czy taki styl w ogóle istnieje? Może myślimy, że skandynawski design jest wszechobecny w Polsce, bo z reguły żyjemy z bańkach informacyjnych? Wszyscy nasi znajomi mają drewniane podłogi, z sufitu w dużym pokoju zwiesza się minimalistyczna lampa, a w przedpokoju stoi designerska kolarzówka. A tymczasem Kowalski nadal kocha firanki i krasnoludki.

JSz: Czyli polska „skandynawskość” to fikcja?

JS: Może w dużych miastach, w pewnych grupach społecznych rzeczywiście ludzie tak żyją. W średniej wielkości miastach lub wsiach rzeczywistość wygląda już inaczej. I dzięki temu jest ciekawa. Bo często to, co nazywamy stylem skandynawskim, jest nijakie. Tak samo wygląda w Holandii, Belgii, Norwegii czy Szwecji. Króluje H&M i Ikea. Niejednokrotnie odnoszę wrażenie, że posługiwanie się hasłem „styl skandynawski” jest synonimem tak zwanego dobrego gustu. A przecież my, Polacy, szukamy inspiracji w zakamarkach naszych dziwnych dusz i potem próbujemy ozdobić rzeczywistość wokół. To także może być inspirujące.

MH: Styl skandynawski jest dobry w Skandynawii, bo jest skandynawski. Tam jest lokalny, stanowi wypadkową historii, klimatu, stylu życia. Takiej architektury chciałbym uczyć – lokalnej. W Polsce powinniśmy wypracować własny styl. Aby tak się stało, potrzebna jest refleksja na temat praktyk korzystania z przestrzeni, uczciwa debata publiczna o tym, co jest w nich wartościowe, a co lepiej odrzucić. Naśladownictwo daleko nas nie zaprowadzi. Nie oznacza to jednak, że z zagranicznych wycieczek nie warto przywozić dobrych pomysłów. Interpretacja pomysłów, osadzenie ich w kontekście – tak. Transplantacja – zdecydowanie nie.

LOKALNE VS. GLOBALNE

JSz: To rodzi pytanie o tożsamość architekta. Powinien działać lokalnie, a myśleć globalnie czy na odwrót?

JS: Mnie zaskakuje, że architekci w Polsce są bardzo lokalni, mimo że światowa gospodarka jest globalna. Niewielu z nich zabiega o pracę czy realizowanie projektów za granicą. A szeroka, globalna perspektywa w pracy architekta jest bardzo ważna. Po prostu powinien on wiedzieć, co się dzieje na świecie, zdobywać wiedzę i doświadczenie w odmiennym kulturowo środowisku. Ale jest też druga strona medalu. Złą praktyką jest kopiowanie z zagranicznych portali internetowych czy kolorowych magazynów projektów, które dobrze funkcjonują tylko w danym kontekście. To tak jakby założyć sukienkę koleżanki – ładna, ale do mnie raczej nie pasuje.

MH: W Polsce architekt też może się wiele nauczyć. Otacza go zróżnicowana architektura i urbanistyka. Ma wokół siebie miasta takie jak Warszawa, które zostały właściwie w całości zniszczone, i takie miasta jak Kraków, które w dużej części przetrwały. Może pojechać do Wrocławia, gdzie przetrwała zupełnie inna tradycja urbanistyczna niż na przykład w Białymstoku. Uważne przyglądanie się temu, jak historia się nawarstwiała w Polsce w różnych miastach, jest bardzo cenne. Każdy, kto chce studiować architekturę, musi wiedzieć, że spędzi bardzo dużo czasu w pociągu albo w samochodzie czy autobusie. Po prostu musi dużo zobaczyć, osobiście poczuć różnicę między różnymi stylami architektonicznymi i formami urbanistycznymi. Nie da się uczyć architektury ze zdjęć z internetu. Architektura jest też wędrowaniem po świecie, obserwowaniem, doświadczaniem, spędzaniem czasu w odmiennych przestrzeniach i budynkach.

PRESTIŻ I OBCIACH

JSz: Wróćmy jeszcze do wątku ewolucji miast. Czy na skutek rewitalizacji i zmian mentalności zmieni się też pojęcie prestiżu? Mieszkanie na grodzonym osiedlu stanie się synonimem obciachu?

MH: Nie rozpatrywałbym tego w kategoriach prestiżu czy obciachu. Zyskaliśmy perspektywę czasową, wiemy już, jakie są zalety i wady osiedli grodzonych. Patrzymy na nie trzeźwo. Doceniamy podziemny parking, poczucie kontroli nad otoczeniem i spokojnych sąsiadów. Wiemy jednak, że wysoki płot nie gwarantuje raju na ziemi. Poza tym w miastach zachodzi wiele innych, równie ważnych procesów. Katarzyna Kajdanek badała we Wrocławiu suburbanizację, czyli proces jego rozlewania się do strefy podmiejskiej. Teraz do swoich badań poszukuje ludzi, którzy zaczynają reprezentować kierunek przeciwny, czyli wyprowadzają się z suburbiów z powrotem do miasta. Wszystko wydarzyło się w ciągu kilkunastu lat.

Zajmuję się badaniem ludzi, którzy mają kredyt hipoteczny. Myślę, że ekonomia w dużym stopniu wpływa na nasze relacje z architekturą. Wiele osiedli powstało współcześnie dlatego, że ludzie zdecydowali się wziąć kredyt i związać z nimi na trzydzieści, trzydzieści pięć lat. Nie wszyscy mogą wrócić z suburbiów do miasta, nawet gdyby bardzo chcieli. Na miejscu trzymają ich nie tylko wspomnienia i wypielęgnowany ogródek, ale też umowa kredytowa, bywa, że we franku szwajcarskim.

PRL-OWSKI SEN

JSz: W mieszkaniach na kredyt chcąc nie chcąc uczestniczymy w życiu sąsiadów. Głosy zza cienkiej ściany…

MH: Okazało się, że jakość wykonania niektórych osiedli pozostawia wiele do życzenia. Nie zawsze współczesne budowle okazują się lepsze niż te z lat 50. czy 60. Stara forma infrastruktury też ma znaczenie – tu od zawsze jest poczta, a tu przedszkole, a za zakrętem piekarnia. Na nowo odkrywamy bezpieczną, dobrze znaną przestrzeń.

JSz: PRL-owska wielka płyta jawi się idealne miejsce do życia. Zieleń, place zabaw, przychodnie…

MH: I dużo słońca! Być może budowano wtedy małe, ciasne i gorszej jakości mieszkania. Wokół bloków pozostawiano jednak dużo wolnej przestrzeni, dzięki czemu jest tam słonecznie. Tego brakuje na nowych osiedlach. Podstawową zasadą jest maksymalizacja słynnego PUM-u, czyli powierzchni użytkowo-mieszkalnej.

JS: Ważną kwestią, o której Mateusz wspomniał, ale może jej nie nazwał, jest urbanistyka. Dziś brakuje nam mądrej, dobrze przemyślanej urbanistyki, takiej jak w Poznaniu czy Wrocławiu. Brak strategicznego planowania urbanistycznego w Polsce skutkuje powstawaniem przedziwnych kwartałów, jedne z drugimi się nie łączą. Zmiana może nastąpić dopiero wtedy, gdy w urbanistyce zamiast skali lokalnej przyjmiemy globalną. Zaczniemy widzieć część w całości.

JEDNOSTKA W WIELKIM ŚWIECIE

JSz: Jak będziemy mieszkać w przyszłości? Pokusicie się o prognozy?

JS: Pojawią się megalopolis, miasta giganty. Wszyscy będziemy mieszkać w wielkich aglomeracjach. Znikną granice, podziały na narodowości przestaną obowiązywać.

MH: Widać, że w wielu krajach rośnie liczba jednoosobowych gospodarstw domowych, w Tokio to już właściwie połowa wszystkich gospodarstw. Skoro staje się to dominującym trendem, warto zadać pytanie o ekologię. Czy w każdym z takich gospodarstw musi być osobna pralka, zmywarka, samochód? Rozwiązaniem tego problemu będzie być może projektowanie kolektywów mieszkaniowych, gdzie inaczej niż w tradycyjnych mieszkaniach zostaje wytyczona granica między tym co intymne, prywatne, ćwierćprywatne i półprywatne. Członkowie takiego układu korzystają z przestrzeni wspólnej: kuchni i łazienki, ale mają też zapewnioną stuprocentową prywatność w swoich mieszkaniach.

JS: Musimy też myśleć o tym, że społeczeństwo w Europie się starzeje. Starsze osoby zaczynają tworzyć nowe formuły współmieszkania i reorganizowania swojej przyszłości. Zastanawiam się, czy w ogóle będzie nam potrzebny dom i miejsce na stałe, bo już teraz wielu z nas uzależnia miejsce zamieszkania od pracy. Jeśli znajdę atrakcyjne zajęcie na drugim końcu Polski, to się tam przeniosę. W Holandii przeciętna rodzina przeprowadza się co siedem lat.

JSz: Może będziemy przewozić domy ze sobą? Mieszkać w kontenerowcach na kółkach?

JS: Polacy nie lubią się przeprowadzać.

JSz: Dlaczego?

Pewnie to kwestia naszej mentalności. Na miejscu trzyma też kredyt hipoteczny. Trudno przewalutować hipotekę, przenieść ją, przepisać. W Holandii to standardowa, nieskomplikowana operacja.

MIEJSKOŚĆ TO TROSKA O PRZESTRZEŃ

JSz: Dostajecie zlecenie: zaprojektować wymarzone, idealne osiedle. Co powstanie?

JS: Budowa osiedla ma sens wtedy, gdy powstaje ono jako część większej całości, jest kolejnym elementem pejzażu. Podczas pracy w Holandii zdarzyło mi się projektować osiedla w szczerym polu. To trudne dla architekta, bo dopiero po kilkunastu czy kilkudziesięciu latach widać, czy założenia udało się zrealizować. Nie ma idealnego osiedla. Idealnie jest spacerowanie po mieście i obserwowanie jego różnorodności, tego, co dookoła nas się dzieje i korzystanie z elementów, które w danym momencie są nam potrzebne. Nie chciałabym zamieszkać na żadnym z nowych osiedli, bo na co dzień lubię cieszyć się różnorodnością i wielowarstwowością tkanki miejskiej. Należę do osób intensywnie korzystających z miasta – to mnie inspiruje.

MH: Problemem nowych osiedli jest ich ujednolicenie, to miejskie monokultury. Politycznie i etycznie uważam, że wielokulturowość jest ważna. Mam na myśli to, że na tym samym osiedlu żyją osoby pracujące i emeryci, ludzie z różnych warstw społecznych i o różnych doświadczeniach. To jest dla mnie kwintesencja miejskości – próby układania się z ludźmi, od których się różnię, ale z którymi wspólnie troszczę się o miasto. Moje osiedle marzeń byłoby zaprojektowane tak, żeby tę różnorodność pielęgnować.

JS: I rozwijać.

MH: I rozwijać.

ALFABET PROJEKTOWANIA

JSz: Jakie kompetencje powinien mieć architekt, by potrafił zmieniać przestrzeń wokół nas na bardziej przyjazną i różnorodną?

JS: Na pewno powinien być wrażliwym humanistą. Zwracać uwagę na tak zwane miękkie aspekty architektury, detale, które sprawiają, że jest ona przyjazna dla ludzi. To swoisty alfabet budowania budynku. Jeśli architekt umie się nim pięknie posługiwać, tak jak pięknie można posługiwać się językiem, to jego projekty będą zrównoważone i harmonijnie wpisane w kontekst. Powstanie nowa jakość. A jeśli skupia się tylko na bryle i aspektach estetyczno-formalnych, cóż, jego realizacje nie zakończą się sukcesem.

MH: Zgadzam się. W programie otwieranej w School of Form architektury mamy laboratorium o nazwie „Kontekst”. Ta kategoria jest bardzo ważna. Można bardzo łatwo odróżnić udane albo dobrze funkcjonujące nowe osiedle od nieudanego lub kiepsko funkcjonującego. W przypadku nieudanego osiedla scenariusz wygląda tak: architekt otrzymał działkę do zagospodarowania i zapomniał, że jest ona częścią pejzażu miejskiego lub przedmiejskiego układu urbanistycznego, że ma historyczne uwarunkowania i jest częścią większej sieci. Projektował od granic działki do wewnątrz. Jeśli osiedle jest udane, a jego mieszkańcy dobrze się w nim czują, możemy być pewni, że architekt wziął pod uwagę szerszy kontekst. Projektował od granic działki na zewnątrz, łączył budynki z miastem.

JS: Przestrzeń, którą architekt projektuje w programie komputerowym „z lotu ptaka”, na pierwszy rzut oka może wyglądać efektownie, pięknie. Tymczasem doświadczanie tej przestrzeni, na przykład podczas spacerów, to koszmar. Błąd architekta, który zaufał programowi i nie sprawdził empirycznie, jak się ją odbiera.

ARCHITEKTURA EMPATYCZNA

JSz: Świadome projektowanie przestrzeni w kontekście wymaga od architekta wysokich kompetencji i odpowiedzialności.

MH: Na architekcie zawsze spoczywa ogromna odpowiedzialność. Od jego pracy zależy jakość życia ludzi, w ogóle życie. Na najbardziej podstawowym, konstrukcyjnym poziomie—bo co jeśli budynek runie? Albo będzie tak niefunkcjonalny, że mieszkanie w nim zamieni się w koszmar? Architekt musi być empatyczny, musi rozumieć potrzeby ludzi, dla których projektuje. To nie jest stricte inżynierska profesja. Architekt rozwija empatię, rozmawiając z ludźmi, wczuwając się w ich sytuację. Ten wątek w programie architektury w School of Form jest mocno eksponowany.

Podobnie jak i kontekst. Pod tym słowem kryje się między innymi historia danego miejsca, którą oczywiście należy szanować, ale też nie wolno bać się jej kształtować, zmieniać. Bo architektura to nie tylko projektowanie w zastanym kontekście, lecz także tworzenie nowych kontekstów. Projektując dziś w określony sposób wycinek miasta, programujemy przyszłe zachowania ludzi. Na ich miejsce wprowadzą się nowi mieszkańcy, którzy zastany stan rzeczy uznają za naturalny. Będzie im się wydawało, że świat właśnie tak wyglądał – tak, jak go architekt czy architektka zaprojektowali.

Jola Starzak

258 jola starzak

Architekt i urbanista, wykładowca w School of Form Uniwersytetu SWPS, gdzie jest także opiekunem specjalności domestic design. Współwłaścicielka pracowni Atelier Starzak Strebicki. Projektuje domy, wnętrza, meble, przestrzenie publiczne w Polsce i Belgii.

Mateusz Halawa

258 mateusz halawa

Socjolog, kierownik zespołu humanistyki i nauk społecznych School of Form Uniwersytetu SWPS. Jest doktorantem na Wydziale Antropologii The New School for Social Research w Nowym oraz asystentem w Instytucie Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk, gdzie zajmuje się etnograficznymi badaniami i kulturową analizą życia gospodarczego.