sd logo

Polegiwacz, mobilne pawilony i miejskie zabawki. Czy mikroarchitektura może uczynić miasto bardziej przyjaznym dla mieszkańców, zintegrować ich i zaktywizować do działania na rzecz wspólnoty? Jak zmieniają się współczesne miasta? Co ciekawego architekt może zaobserwować w Brasilii i Helsinkach? Z Mikołajem Smoleńskim, architektem z wrocławskiej pracowni CH+, wykładowcą na kierunku architektura w School of Form Uniwersytetu SWPS, rozmawia Joanna Szumowska.

Blizny na tkance miejskiej i nowa tożsamość

Joanna Szumowska: Dlaczego Wrocław? I czym jest dla ciebie jako architekta?

Mikołaj Smoleński: Jestem wrocławianinem. Tu się urodziłem, tu mieszkam i pracuję. Wrocław należał do miast mocno doświadczonych przez wojnę, długo się wylizywał z wojennych ran.

Ponadto w latach powojennych wiele budynków we Wrocławiu, i w regionie rozebrano z różnych względów politycznych. Nastąpiła też kompletna wymiana populacji. Mieszkańcy musieli na nowo zacząć budować swoje miasto i jego tożsamość. Nie ma tu, jak w Warszawie, tożsamości stołecznej, i nie zasadza się ona, jak w Krakowie, na kulturze i historii. Tożsamość Wrocławia jest wciąż niedookreślona.

W tym sensie Wrocław jest miastem generycznym. Od siedemdziesięciu lat próbuje się więc dla niego dopisać jakąś narrację przewodnią: „Piastowski gród”, „Miasto lwowiaków”, „Mikrokosmos” („Mikrokosmos. Portret miasta środkowoeuropejskiego” autorstwa Normana Davisa – przyp. red.) czy „Miasto spotkań”, która po pewnym czasie się wyczerpuje. Dla mnie, jako mieszkańca i architekta, ten proces przeobrażania się miasta oraz ciągła obecność fizycznych blizn w tkance miejskiej to interesujące pole do działania.

81 WRO ławka do zdjęć z Wrocławia Most grunwaldzki Sedesowce zespół projektowy

Zdjęcia: materiały własne Mikołaja Smoleńskego | Ławka WRO na bulwarze nad Odrą, tuż przy Moście Grunwaldzkim

Zielono-niebieska polityka

Niedawno Wrocław przegrał konkurs o tytuł Zielonej Stolicy Europy 2020. Jakie kryteria musi spełnić miasto, żeby być zielone nie tylko nominalnie?

Na wielu płaszczyznach: polityczno-administracyjnej, społecznej i planistycznej, musi być wdrożona spójna i długofalowa polityka. Nie może się ona ograniczać do doraźnych działań typu: „Zróbmy w kilku miejscach zielone fasady, bo to modne”. Trzeba wspólnie planować, gdzie posadzić zieleń, poprowadzić infrastrukturę, dbać o zrównoważony transport. Żadnego z tych elementów nie można rozpatrywać osobno.

We Wrocławiu coraz wyraźniej jest realizowana „zielono-niebieska” polityka. Przykładem jest np. jedna z największych inwestycji ostatnich dekad, czyli rewaloryzacja Wrocławskiego Węzła Wodnego. Węzeł to pięć rzek, kilkanaście wysp, kilka kanałów i starorzeczy poza centrum, otoczonych łąkami, lasami i parkami. Są one obudowane ze względów powodziowych i nawigacyjnych infrastrukturą hydrotechniczną, czyli groblami, jazami i kładkami. Wychodząc poza myślenie stricte inżynieryjne, są to także wspaniałe tereny rekreacyjne i alternatywne ciągi komunikacyjne. Usprawniając i zagęszczając siatkę połączeń pomiędzy tymi elementami, a równolegle chroniąc je przed przeinwestowaniem, tworzymy alternatywne, zielone miasto. Takich działań potrzebujemy o wiele więcej i w wielu obszarach.

wroclaw waly
wroclaw waly 1

Zdjęcia: materiały własne Mikołaja Smoleńskego | Nadodrzańskie wały we Wrocławiu znowu tętnią życiem

Wyjść z XX wieku

Czego brakuje polskim miastom poza zielenią?

To temat rzeka! Przytoczę jedną z moich niedawnych obserwacji z Warszawy, po której zrobiłem sobie 50-kilometrowy spacer. Spostrzeżenia? Mamy wciąż koszmarnie zaniedbane i technokratycznie zaprojektowane główne arterie w centrum, nie tylko zresztą Warszawy. Schodząc z głównych ulic, np. Grójeckiej, Puławskiej czy Marszałkowskiej, możemy zobaczyć całkiem przyjemne i niebrzydkie dzielnice. Te ulice potrafią skutecznie zepsuć opinię o Warszawie wśród przyjezdnych. Drugą kwestią jest dzielnicowy patriotyzm. Duże miasta są zawsze policentryczne, a w Polsce życie w dzielnicach było przez długi okres uśpione lub karykaturalnie-kibolsko wypaczone. Wzmacnianie więzi osiedlowych i lokalnej oferty uprzyjemnia życie i skutecznie odciąża centrum. Szerokie arterie i senne osiedla to pocztówka z XX w.

Krok w przód, to czasem krok w tył

Projektując, czujesz się aktywistą?

Od prawie 8 lat współtworzymy w zespole kilkudziesięciu architektów projekt Nowych Żernik we Wrocławiu. Projekt nowej dzielnicy poprzedziły prowadzone przez kilka lat warsztaty, w trakcie których ścierały się poglądy uczestników. Wracamy w nim do zaniechanych w potransformacyjnej Polsce standardów myślenia o urbanistyce osiedli – spójnej kompozycji, ale też ogólnodostępnej przestrzeni publicznej wyposażonej w infrastrukturę społeczną: targowisko, przedszkole, dom seniora i dom kultury.

Co ważne, projekt materializuje się od kilku lat. Nie udałoby się to bez współpracy projektantów, magistratu i deweloperów. To nie jest wystawa architektury realizowana za publiczne pieniądze, tylko partnerstwo prywatno-publiczne. Infrastruktura jest realizowana przez miasto, a zabudowa mieszkaniowa przez wielu (!) inwestorów komercyjnych, których interes też musiał koniec końców być uwzględniony. Sposób pracy w tym projekcie rzeczywiście ma wiele z aktywizmu: dialog, negocjacje i przełamywanie inercji. Kiedy mówię o inercji, myślę o polityce mieszkaniowej, której realizacja została oddana wolnemu rynkowi i deweloperom.

11 Nowe Żerniki proj mieszkaniówki CH VROA w realizacji
15 Nowe Żerniki proj centrum aktywności CH przed realizacją

Zdjęcie 1: ch+ vroa materiały własne | Projekt osiedla Nowe Żerniki we Wrocławiu
Zdjęcie 2: ch+ materiały własne | Centrum Kultury i Aktywnosci Lokalnej

Koniec urbanistyki łanowej?

Z czego to wynikło? Niskiego poziomu świadomości? Błędnych założeń polityki przestrzennej?

Po 1989 r. realizacja budownictwa mieszkaniowego odbywała się dwutorowo. We Wrocławiu przede wszystkim polegała początkowo na budowaniu przez niewielkie spółdzielnie tak zwanych plomb w centrum, uzbrojonym w infrastrukturę społeczną i techniczną, co było relatywnie bezproblemowe i co chyba uśpiło czujność. Później zaczął się czas deweloperów, którzy najskuteczniej zaspakajali panujący w Polsce głód mieszkaniowy. Dla wielu osób przy wyborze mieszkania głównym kryterium jest cena, pojawił się więc wysyp realizacji w strefie podmiejskiej czy na obrzeżach miasta, gdzie ceny gruntów są niższe.

Niestety planowanie w tych rejonach jest obarczone grzechem absolutnej doraźności. Niescalone grunty są często dawnymi polami, nie istnieją modele urbanistyczne porządkujące przestrzeń, a plany miejscowe robi się pod konkretnego dewelopera dla konkretnej działki. Zarządcy miast chętnie sprzedają takie grunty, żeby odciążyć się od realizacji zadań polityki mieszkaniowej.

Gdy buduje się fragmentarycznie i bez planu, to nie wiadomo, gdzie ma biec linia tramwajowa, gdzie powstanie szkoła, i kiedy to się stanie. Jedynym środkiem transportu pozostaje samochód. To wszystko rodzi kompozycyjny chaos – form, kierunków i porządków. Od tych zabudowywanych szczelnie, wąskich pól ukuto szyderczą nazwę dla zjawiska – urbanistyka łanowa. W projekcie Nowych Żernik próbujemy to naprawić.

Szoferzy własnych dzieci i huśtawka modowa

Kto ma największy wpływ na ostateczny charakter danego miejsca? Planista, architekt czy jego użytkownik?

Oczywiście każdy z nich po trochu na danym etapie, natomiast równie ciekawym pytaniem jest, jak tzw. charakter miejsca jest społecznie odbierany i rozumiany. Całe życie mieszkam w różnych blokach i obserwuję, jak zmienia się charakter tych dzielnic i to, jak mieszkańcy je postrzegają.

W latach 60. bloki były raczej entuzjastycznie przyjmowane. Ludzie się do nich wprowadzali z poczuciem awansu cywilizacyjnego. Później, gdy technologie pozwoliły na budowę kilkunastopiętrowych bloków, zaczęły się problemy i krytyka, która zintensyfikowała się w latach 90., na co wpływ miały nowe fantazje o podmiejskim, sielankowym życiu. Te fantazje, wsparte wynalazkiem kredytu hipotecznego, też uleciały, bo nastąpiło zderzenie z rzeczywistością. Ludzie zorientowali się, że sarenka będzie zaglądać im w okno, dopóki nie zostanie zagospodarowana ostatnia połać ziemi, a oni stali się szoferami swoich dzieci. Teraz więc następuje korekta mitu. Nagle część osiedli blokowych jawi się jako relatywnie dobre habitaty, gdzie są czterdziestoletnie drzewa, szkoła, żłobek, supermarket i kilka warzywniaków oraz komunikacja miejska pod nosem, szczególnie gdy to porównać z podobną cenowo ofertą deweloperską.

Można spytać, kto decyduje, że dana dzielnica jest „fajna”, a dekadę później „niefajna”? Te oceny są arbitralne. Są wypadkową epoki, trendów i polityki społecznej. Każdy rodzaj zabudowy można zamienić w slams, a potem doprowadzić do świetności. Nasze środowisko powinno takie mechanizmy rozumieć.

Zostając przy blokach, ciekawostka z Brasilii – stolicy Brazylii. Często się słyszy, że to „najbardziej nieudany eksperyment urbanistyczny XX wieku”; że nie da się tam normalnie funkcjonować, a po mieście można tylko jeździć samochodem. I rzeczywiście, centrum Brasilii jest raczej nieprzyjaznym miejscem. Rzadko się natomiast mówi o tym, że udała się za to zabudowa dzielnic mieszkaniowych: bloki toną w zieleni, są przewietrzone, usługi dobrze zaprojektowane. Pracownicy ministerstw w centrum specjalnie tam jeżdżą do barów na spotkania w porze lanczowej. Trudno to nazwać porażką, mając na uwadze, że w całym kraju w związku z przestępczością mieszkaniówka jest opłotowana i zadrutowana.

Świadomość architekta

Jaka jest rola architekta w projektowaniu?

Powtórzę się i odwołam do sformułowania, którego użyłem już w innym wywiadzie. Podstawową rolą architekta jest tworzenie przestrzeni, która poprawnie i właściwie konfiguruje jej użytkownikom ich „BIOS”. Ład przestrzenny, może nie wprost, ale przekłada się na ład społeczny. Z pewną rezerwą, można roboczo przyjąć, że byle jaka i bezmyślna architektura rodzi niechlujstwo. Powierzchowna architektura szuka narcystycznych właścicieli, a architektura opresyjna rodzi przemoc. Architekci często skupiają się na estetyce, a rzadko na ładzie. Estetyka jest jednak arbitralna, a ład zakłada grę zespołową, ma swoje reguły i co za tym idzie – jest osiągalny. W tym wszystkim dochodzą do głosu inni aktorzy: pieniądze, prawo, ambicje. Dobrze, gdy architekt jest świadomy zasad tej gry i w miarę możliwości stara się ugrać jak najwięcej.

Finlandia

Studiowałeś w Finlandii, gdzie w architekturze często nawiązuje się do dziedzictwa przyrodniczego i kulturowego. Czy jest coś, czego zazdrościsz Finom?

W wymiarze codziennym zazdroszczę poziomu zaufania społecznego i poczucia bezpieczeństwa. Zawodowo zazdroszczę przyjaznych rozwiązań planistycznych i konsekwencji w ich realizacji, oraz przeciętnej architektury – nie tej najlepszej, ale właśnie tej, która stanowi podstawowy budulec miast.

Ciekawe jest też zjawisko renesansu architektury drewnianej, które trwa od ponad 20 lat. Tu zazdroszczę Finom łatwości, z jaką przenoszą tradycyjne wzorce do współczesnej architektury. Daleko im do naszych dworkowych makabrył ze styropianu i gipso-kartonu. Ciągłość zapewnia tradycyjny budulec, jakim jest drewno: jego natura i materialność, które nie wymagają kopiowania formalizmów. Nowoczesność realizuje się poprzez współczesny detal i technologie, które drewno przekształcają w dowolne elementy budowlane.

Meblowanie przestrzeni miejskiej

Po co nam w przestrzeni miejskiej mikroarchitektura?

Przestrzeń miejska przez pół stulecia była projektowana pod ruch samochodowy. Samochody zawłaszczyły przestrzeń i porwały na strzępy siatkę dawnych powiązań. Wraz ze zjawiskiem odzyskiwania centrów miast proces ten się odwrócił, z opóźnieniem również u nas w kraju. Uwalnianą przestrzeń i wnętrza urbanistyczne można na nowo meblować, tak jak mebluje się wnętrza domu. Pojawiają się więc tradycyjne elementy detalu urbanistycznego: siedziska, oświetlenie, zieleń i posadzki.

To, co wymyka się katalogowym kategoriom i znajduje na pograniczu skali architektonicznej i detalu urbanistycznego, nazywam mikroarchitekturą. Nie zawsze mikroarchitektura ma cel. Czasem, na zasadzie analogii do wnętrz, jest durnostojką. Często jednak ma prostą funkcję, na przykład wciągnąć przechodniów do gry, jak schody w metrze w Sztokholmie przemalowane na fortepian i wydające dźwięki pod stopami przechodniów. Czasem mikroarchitektura odpowiada na konkretny problem, tak było w przypadku wieży dla jerzyków, czyli budowli lęgowej dla tych ptaków, zaprojektowanej przez studio Menthol. Tym samym mikroarchitektura jest typem poligonu doświadczalnego dla przeobrażającej się przestrzeni i potrzeb użytkowników.

Wrocławianie, dzięki mikroarchitekturze, mogą też polegiwać od czasu do czasu.

Dla ścisłości: mogli, przez trzy sezony. Służył temu Polegiwacz, tymczasowa instalacja zaprojektowana jako półsiedzisko-półleżanka w ramach cyklu Archi-box prowadzonego przez Michała Dudę z Muzeum Architektury we Wrocławiu. Pomysł powstał z przekory. Z przekory wobec faktu, że leżenie jest w centrach miast czynnością stygmatyzującą. A szerzej, z przekory wobec zjawiska defensive architecture, czyli ławek, na których nie można się położyć ani nawet wygodnie usiąść, kolców na parapetach, szlabanów i zakazów.

Przekora ta pojawiła się we mnie po raz pierwszy podczas dłuższego pobytu w Londynie. W tym atrakcyjnym, co roku ściągającym miliony turystów mieście brakuje wygodnych ławek. Polityka usuwania z widoku bezdomnych i włóczęgów – bo najprawdopodobniej to jest przyczyną – nakłada się na model bycia ciągle zajętym, w biegu, w stockowej estetyce roześmianych, młodych i hiperaktywnych ludzi. Dla mnie to ściema.

Polegiwacz stworzony był jako miejsce do relaksu: można tu było poczytać książkę, napić się kawy, uciąć sobie drzemkę. Z czasem wrocławianie zaczęli wykorzystywać go w sposób, którego nie przewidziałem: jako plac zabaw, miejsce do potańcówek, sesji ślubnych. Co najważniejsze, i to jest moja mała satysfakcja, atmosfera swobody tak promieniowała od obiektu, że ludzie zaczęli rozkładać się na trawie nawet 10 metrów od Polegiwacza.

51 PolegiwaczZdjęcia: materiały własne Mikołaja Smoleńskiego | Polegiwacz – instalacja zaprojektowana w ramach cyklu Archi-box

Meteoryt w centrum wioski

Zaprojektowałeś dla Fundacji Transformator pawilon MoKaPP – Mobilny Katalizator Przestrzeni Publicznej, „wędrującą bazę aktywności”. To przykład mikroarchitekury, która ma pobudzać do działania lokalną społeczność. Udało się?

MoKaPP był rozkładanym mobilnym pawilonem będącym fizycznym elementem szerszego projektu autorstwa Agaty Gabiś, Karoliny Jarej i Michała Dudy. Jeździliśmy z nim po Dolnym Śląsku. Odwiedziliśmy m.in. Szczytną, Chojnów, Nową Rudę, piękne miejsca pogrążone w permanentnym kryzysie ekonomiczno-społecznym. Ciekawiło mnie, jak społeczność zareaguje na ufo, który ląduje w ich miasteczku. Reakcje były różne: od rezerwy, po pełne zaangażowanie – głównie dzięki lokalnym liderom. Pawilon natomiast wszędzie doskonale się sprawdził jako miejsce nieformalnych „półkolonii” dla dzieci, które nie wyjechały na wakacje.

Takie projekty jak Polegiwacz czy MoKaPP pokazują, jak niewiele potrzeba, żeby zaangażować lokalną społeczność i pobudzić ją do działania. Strategie miejskie zaczadzone są wciąż jednak magią wielkich liczb i przekonaniem, że należy wydać dużo, by uzyskać spektakularny efekt. Gdy powstawał Polegiwacz, Wrocław za 6,5 miliona złotych wylicytował kolekcję zdjęć Marilyn Monroe, która miała przyciągnąć do miasta rzesze turystów i być marketingowym wabikiem. Za tę kwotę można było zrealizować 150 Polegiwaczy lub 65 MokaPP-ów. Dodatkowo, na ich promocję nie trzeba było wydawać ani złotówki, bo informacje rozchodziły się viralowo.

43 Mokap
45 Mokap

Zdjęcia: materiały własne Mikołaja Smoleńskiego | MoKaPP – Mobilny Katalizator Przestrzeni Publicznej

Integrujące igloo z torfu

Masz ulubione przykłady zagranicznych mikrodziałań?

Wrócę do Finlandii. W Helsinkach, w 2000 r. kontynuowano jeden z projektów w ramach Europejskiej Stolicy Kultury. W centrum miasta, na dużej, zachwaszczonej łące, okolonej najważniejszymi gmachami w mieście, zbudowano tradycyjną, prymitywną saunę z bloków torfu, w kształcie igloo. Helsińczycy przyjeżdżali tam i na zewnątrz, w niestrzeżonym miejscu, zostawiali rowery, plecaki z portfelami, ubrania, brali prysznic z konewki i nago znikali w saunie, czasem w towarzystwie znajomych, ale przeważnie w gronie obcych ludzi. To doświadczenie więzi z nieznajomymi osobami połączone ze doświadczeniem sauny dymnej było wyjątkowe. To nie był designerski popis, który świetnie się prezentuje na fotografiach, tylko prawdziwe miejsce przez duże M.

torvussauna1
Zdjęcia: Ruusis | Sauna z torfu, Helsinki

Miasto powinno wszystkim dawać szansę

Jak wyglądałoby miasto twoich marzeń, w którym chciałbyś żyć? Opowiedz o tym z punktu widzenia mieszkańca i architekta.

Nie chciałbym mieszkać w metropolii, gdzie każdy metr sześcienny przestrzeni jest upakowany, wszystko się pnie w górę i handluje się nawet powietrzem nad budynkami. Przyzwyczaiłem się do życia w średniej wielkości mieście. Chciałbym, żeby miasta były przetkane naturą i zielenią, i usieciowione na wielu poziomach. Różnorodne pod względem ekonomicznym, bez enklaw bogactwa i wysepek biedy, przyjazne także dla małych i średnich przedsiębiorstw, z nowoczesnym przemysłem. Inaczej zaczyna dramatycznie brakować wyboru, co prędzej czy później zawsze się mści na ludziach.

Zuzanna Skalska, analityczka trendów, mówi, że nadchodzi czas wsiowienia miasta i umiastowienia wsi: „Każdy chce mieć teraz warzywniak, ule na dachu i własny miód”.

Ten trend, tzw. urban gardening, to nowa odsłona tego, co znamy od dawna i co jest zakorzenione w naszej kulturze, czyli ogródków działkowych. Są one często ulokowane w centrach miast i w związku z tym stanowią pole konfliktu. Sprzedać i zabudować? Pozostawić? A może przekształcić? Na tę kwestię warto patrzeć szerzej niż tylko pod kątem ekonomicznym i własnościowym. Pomijając produkcję własnej żywności, dla wielu ludzi to jedyne dostępne finansowo miejsce wypoczynku i rekreacji. Tu spędzają czas z bliskimi, znajomymi i sąsiadami. Ogrody działkowe są też ostoją bioróżnorodności w mieście. Pojawiają się więc nowe konteksty: zdrowotny, społeczny i ekologiczny.

Miasto powinno dawać szanse wszystkim mieszkańcom, nie stawiać wyłącznie na najsilniejszych graczy. Dobrze jest przy tym pamiętać, że większość problemów sami sobie ściągamy na głowę. Potem jak dzieci zamykamy oczy, licząc, że samo się naprawi. Chyba największym wyzwaniem dla współczesnych miast jest sztuka współpracy. Inaczej w nieskończoność będziemy szarpać przykrótki koc.

Podsumuję rozmowę cytatem z „Miasta Szczęśliwego” Charlesa Montgomery’ego: „Miasto wymaga od nas nie tylko wspólnego życia, ale daje nam wyzwanie do wspólnego rozwoju poprzez zrozumienie, że nasz los jest wspólny”.

Mikołaj Smoleński

258 mikolaj smolenski

Architekt. Współtworzy pracownię CH+ Architekci. W ramach platformy SOFFT zajmuje się też działaniami architektonicznymi i okołoarchitektonicznymi, dotyczącymi przede wszystkim przestrzeni publicznej.